Blog > Komentarze do wpisu
(313)

Nawet nie wiem co napisać, mam wrażenie, że mózg mi się wyłączył.

Rano pojechałam odwołać egzamin na prawo jazdy, a w zasadzie go przełożyć. Kiedy wypisywałam jakiś druczek właśnie wyczytywali moje imie i nazwisko. Dziwne uczucie.

Miała kolejny atak duszności, cukier poważej 400, 5 krotnie przekroczoną normę mocznika... Była tak gruba, że nie mogli jej wsadzić ani na nosze, ani na wózek. Musiała dojść do karetki sama. Zajęło jej to 30 minut. W sumie pokonała odcinek 15-20m. Kiedy dojechaliśmy do szpitala widziałam tylko jak wyrzucają ją z karetki na nosze, bo już straciła przytomność. Reanimacja trwała 40 minut. Lekarz skurwysyn tonem złamanego chuja rzucił w przelocie, że nie żyje. Na moją reakcję co do tonu odpowiedział "ludzie codziennie umierają".

Mam w głowie jakieś koszmarne obrazki. Ostatnie słowa do rodziny? Jasne, pamiętam, brzmiały "dlaczego mnie tak męczycie?".

Ogólna znieczulica dookoła, mróz jak chuj, pijacy z odmrożeniami w kolejce do Izby przyjęć, rozdeptane gówno przed drzwiami szpitala... I tak sobie umarła. 49 lat temu dokładnie tego samego dnia urodziła córkę, która potem urodziła mnie.

Odpadam.

Chociaż nie, na koniec, tak w akcie dobrej woli, nie żryjcie tyle.

środa, 06 stycznia 2010, ja_dharma